O pisarskim niepokoju
- Maja van Straaten

- 25 kwi
- 2 minut(y) czytania

Zrobiłam sobie krótkie wakacje w Normandii. Takie bardzo zwyczajne – z codziennymi spacerami po pustej plaży i lesie, zakupami na lokalnym ryneczku i buszowaniem na pchlich targach. Mieszkałam w domku na skraju lasu. Chodziłam codziennie rano po bagietkę, rogale, kozi ser i sok jabłkowy. A po śniadaniu szłam na długi spacer brzegiem morza.
Łagodna wiosna pozwalała mi popołudniami pisać na tarasie, z którego miałam widok na stary zamek. A wieczorami, z niejasnym poczuciem winy, odkładałam laptop i brałam się za czytanie książek. Nie moich. Przywiozłam sobie trzy na te wakacje: Josteina Gaardera, Amora Towlesa i Jami Attenberga. Z przyjemnością zanurzyłam się w tych trzech różnych światach. Skąd więc to poczucie winy?
Nie jestem zawodową pisarką. Pracuję na pełen etat w zupełnie innej branży. Na pisanie mam wieczory, weekendy i wakacje. A ponieważ bardzo lubię pisać (i robić kwerendy do moich książek), nie jest to dla mnie obciążenie, a przyjemność. Sposób na relaks.
Czasami jednak na mojej drodze twórczej potykam się o niepokój. Kiedy widzę w mediach społecznościowych obwieszczenia innych pisarzy o kolejnej ukończonej już w tym roku książce i planach czy umowach na kilka kolejnych, pojawiają się natrętne myśli: czy ja też, mimo zupełnie innej sytuacji, nie powinnam pisać w podobnym tempie? Może zamiast zabierać się za lekturę wieczorem, powinnam dalej pisać? Może powinnam darować sobie research albo uprościć fabułę, żeby skończyć szybciej? Skoro inni potrafią napisać książkę w kilka miesięcy, dlaczego mnie zajmuje to średnio aż rok? I czy czytelnicy o mnie nie zapomną, jeżeli przyjdzie im czekać na moją kolejną książkę rok, a może dwa?
Przyglądam się tym myślom. Wiem, skąd się biorą. I jako kobieta w pewnym wieku ;) wiem, jak sobie z nimi radzić. Odganiam niepokój i poczucie winy. Gratuluję znajomej pisarce ukończenia kolejnego projektu i życzę powodzenia w zamykaniu następnego w wyznaczonym terminie. I są to szczere życzenia. A sobie pozwalam na pisanie we własnym tempie, na moich zasadach. I daję sobie czas na czytanie książek dla przyjemności. Nie robię sobie wyrzutów, kiedy następnego dnia siadam do pisania później niż zwykle, bo w mojej normandzkiej wiosce akurat był pchli targ (a ja uwielbiam pchle targi).
Jest jak jest. I tak jest dobrze. Z pożytkiem dla mnie i z pożytkiem dla jakości moich książek.



Komentarze