O walce z ciekawością
- Maja van Straaten

- 5 mar
- 3 minut(y) czytania

Kwerenda to moja ulubiona część pisania książek osadzonych w realiach dwudziestolecia międzywojennego. Uwielbiam buszować w archiwach, czytać stare gazety, oglądać przedwojenne plany miast i zdjęcia. Mój proces twórczy, to ciągła walka z ciekawością. „Ale jak to? Jaka walka?” – zapytacie. Już tłumaczę na przykładzie.
Zaczyna się zawsze niewinnie. Od sprawdzania w źródłach jakiegoś drobiazgu.
Ostatnio sprawdzałam w materiałach źródłowych, jak wyglądała w latach trzydziestych ulica Kantaka w Poznaniu. Jest to dość istotne dla pewnych wydarzeń w książce, nad którą właśnie pracuję. Znalazłam kilka archiwalnych zdjęć, które dały mi pewne wyobrażenie. Niestety dość mgliste. Przejrzałam więc sobie przy okazji zdjęcia sąsiednich ulic i placu Wolności. Powiedzmy, że miałam wystarczający ogląd zabudowy okolicy i powinnam była wrócić do pisania.
Ale... Na jednym zdjęciu zauważyłam tory. Z ciekawości zaczęłam więc szukać informacji o tramwajach, a konkretnie, dokąd można się było wtedy przejechać tramwajem. Znalazłam. Okazuje się, że w latach trzydziestych w Poznaniu było 9 linii tramwajowych. I jedna linia trolejbusowa. Ha! Naprawdę? A to ciekawe. Bilet na trolejbus kosztował 20 groszy. No, no, cena chyba przystępna, jak na tamte czasy?
Z silnym postanowieniem powrotu do pracy nad książką, zapisuję sobie w notesie: "poczytać w wolnej chwili o przedwojennych trolejbusach w Poznaniu. Jeździły na prąd?". Kusi mnie, by od razu zgłębić ten temat. Trolejbusy rzadko się trafiają w moich kwerendach. Nie! Nie mogę. Wiedza o przedwojennych trolejbusach nie jest mi chwilowo potrzebna do pisania książki. Nie powinnam się w to teraz zagłębiać. Powinnam napisać to jedno zdanie, w którym pojawia się ulica Kantaka i pisać dalej.
To by było rozsądne. Tak właśnie zrobię.
Wpadam jak Alicja do króliczej nory.
Już mam zamykać dokument, w którym znalazłam trasy poznańskich linii tramwajowych, kiedy w oczy rzuca mi się ta reklama.
„Foto -Psyche”? – Cóż za oryginalna nazwa. Portrety artystyczne? Czyli jakie? Tylko zerknę, kto się za tym kryje...
I to jest ten moment, kiedy niczym Alicja zaczynam gonić białego królika. I prędko nie wrócę do pisania o wydarzeniach na ulicy Kantaka.
Odpowiedź znajduję szybko: Mieczysław Ryś, artysta fotograf. Pochodził z Zakopanego. Pracownię fotograficzną „Foto-Psyche” założył w 1925 roku. Otrzymał uprawniania mistrzowskie. Ha, mistrz! Był członkiem Fotoklubu Polskiego. W notesie ląduje kolejny zapisek – "poczytać o Fotoklubie Polskim" (nie, do niczego ta wiedza chwilowo nie jest mi potrzebna, ale wyobrażam sobie, że w latach trzydziestych ten klub musiał zrzeszać interesujące persony. Ciekawe kogo?). A wracając do Mieczysława Rysia, specjalizował się w portretach.
Ha. Skoro tak, to chcę kilka obejrzeć. Więc szukam. I znajduję.



Patrzę na portrety autorstwa Mieczysława Rysia. Rzeczywiście pod wieloma względami reprezentują spojrzenie inne, niż to, do którego przywykłam przeglądając archiwa z lat dwudziestych i trzydziestych. Różnica jest subtelna, nie umiem jej nazwać. Ale ją widzę.
Zachwycam się światłem, cieniem, patrzę w oczy jego modelom.
I myślę.
Większość sportretowanych osób jest spokojna, pogodna, beztroska. Tacy byli? Czy to zasługa atmosfery jaką w swoim atelier stwarzał mistrz Mieczysław Ryś?
W jakim momencie życia ich uchwycił?
Czy wizyta w "Foto Psyche" była dla nich najważniejszym punktem tego dnia? Czy się do niej specjalnie przygotowywali? A może wpadli do mistrza Rysia tylko na chwilkę, między jedną sprawą niecierpiącą zwłoki, a drugą?
Patrzę na daty. Lata trzydzieste. I kilka zdjęć z 1942 roku, zrobionych już w Krakowie, w jego kolejnym zakładzie „Pro Arte".
I znowu myślę.
Co się z nimi stało? Przeczuwali, że zbliża się kataklizm kolejnej wojny? Czy bezpiecznie dotrwali do jej końca? Mam nadzieję, że tak. Kibicuję im. Trzymam mocno za nich kciuki. Mimo, że to wszystko już się wydarzyło, że to już za nimi.
Herbata mi wystygła. Zamykam zakładkę z ostatnim zdjęciem. Wracam do mojej książki. Piszę:
„Apolinary z marynarką w dłoni, prezentując nieestetyczne plamy potu pod pachami i na plecach, zdyszany i wściekły, biegł ulicą Kantaka.”
To jedyne zdanie, które tamtego dnia napisałam. Mało. Zrobiło się zbyt późno, by dalej pracować.
Znowu przegrałam potyczkę z moją ciekawością. Ale jakoś nie żałuję.




Komentarze