Bój się i rób - rzecz o spotkaniach autorskich
- Maja van Straaten

- 17 lut
- 3 minut(y) czytania

Strach ma wielkie oczy
Przed każdym spotkaniem autorskim towarzyszy mi obawa – czy ktoś się pojawi? Ta obawa była kiedyś tak silna, że przed pierwszymi spotkaniami wokół książki „Frania Tańśka i tajemnica zaginionego obrazu" opłacałam na facebooku promowanie tych wydarzeń. I pewnie nadal bym to robiła, gdyby nie fakt, że (w moim przypadku) to facebookowe promowanie nie działa. Zaprzestałam więc tej praktyki, zwłaszcza, że jeszcze nigdy (odpukać!) nie musiałam stanąć w pustej sali.
Czytelnicy i Czytelniczki zawsze się pojawiają. Czasami frekwencja jest skromniejsza (moje najmniejsze spotkanie odbyło się w grupie trzech osób), czasami przechodzi oczekiwania i moje i organizatorów. W Brukseli przyszło ponad sześćdziesiąt osób i ostatnie książki podpisywałam jeszcze po wyjściu z budynku, w którym odbywało się spotkanie.
Wdzięczność
Ten strach jest oczywiście bardzo niekomfortowy. Ale ma też jedną zaletę - pomaga mi w praktykowaniu wdzięczności.
Wdzięczność w mojej codzienności (nie tylko tej pisarskiej) ma swoją drogą stałe miejsce i myślę, że kształtuje to, jaką osobą jestem. Ale dzisiaj nie o tym.
Liczy się rozmowa
Jestem więc wdzięczna każdemu Czytelnikowi i każdej Czytelniczce, którzy zechcą poświęć mnie i moim książkom swój czas. Nawet gdyby kiedyś przyszło mi mówić tylko do jednej osoby, i tak będę zadowolona ze spotkania i wdzięczna za ten wspólny czas . Bo w spotkaniach autorskich, moim skromnym zdaniem, nie chodzi o liczby, a o rozmowę. Czasami jest poważnie, czasami wesoło, jak to w moich książkach. Opowiadam głównie o dwudziestoleciu międzywojennym, często o tym co z niego do dziś przetrwało, a co na dobre odeszło. Lubię przypominać i na chwilę wyciągać na światło dzienne drobiazgi z tamtej codzienności. Zachwyca, fascynuje i wzrusza mnie ten okres. I o tym mówię na moich spotkaniach.
Ruszam w nieznane
Ale uczucie wdzięczności za te spotkania ma też inny wymiar. Bardzo lubię odkrywać nowe miejsca i poznawać lokalne historie. Czytelnicy i Czytelniczki chętnie się nimi ze mną dzielą. W Wągrowcu dowiedziałam się na przykład, co to jest piekielnica i posłuchałam o kulturze pałuckiej. W Koluszkach poznałam historię odnalezienia Tory ukrytej w czasie wojny w jednym z okolicznych domów. W Brzezinach dowiedziałam się co nieco o historii biblioteki. Zachwyciłam się Słupskiem i jego ofertą kulturalną. Odkryłam Lublin. W Krakowie zajrzałam do Muzeum Narodowego napatrzeć się na moją ukochaną „Szermierkę” Leona Chwistka.
Dobre mam wspomnienia z wszystkich tych miejsc. I cieszę się, że za sprawą Frani Tańskiej mogłam w nich być.
(Nie)typowe miejscówki
Większość moich spotkań odbywa się w księgarniach kameralnych albo bibliotekach. Tak jest najłatwiej ze względów logistycznych. Ale zdarzało mi się spotykać z Czytelnikami i w innych miejscach. Bardzo ciepło wspominam spotkanie online z uczniami lubartowskiego liceum. Świetnie mi się z nimi rozmawiało o “analogowym” świecie Frani Tańskiej w taki na wskroś współczesny sposób. Z brukselską Polonią spotkaliśmy się w konsulacie, co było dla mnie ogromnym przeżyciem, bo bywam w tym miejscu głównie w sprawach konsularnych i podczas wyborów. Kilka spotkań odbyło się również w kawiarniach, co miało swój olbrzymi urok.
Spotkamy się?
Liczę, że w nadchodzącym roku, będę miała więcej okazji do tych spotkań, Zainteresowanych odsyłam do zakładki spotkania autorskie. Jeżeli macie ochotę, podeślę Wam ulotkę ze wszystkimi praktycznymi informacjami na temat moich spotkań. Możecie ją pokazać w Waszej bibliotece, lokalnej księgarni, domu kultury i razem poszukamy dogodnego terminu. Obiecuję, że w 2026 dojadę wszędzie, gdzie tylko zechcecie porozmawiać ze mną o świecie Frani Tańskiej.
Do zobaczenia.





Komentarze