O pisarskim słuchu
- Maja van Straaten
- 8 kwi
- 1 minut(y) czytania

Jest wielu autorów, którzy w swojej twórczości inspirują się życiem miasta i rozmowami przechodniów. Stefan Wiechecki na przykład był w tym mistrzem. Potrafił słuchać warszawskiej ulicy. Ja piszę książki osadzone w realiach dwudziestolecia międzywojennego, więc słuchanie współczesnej ulicy niestety na nic się nie zda. „Słucham” więc Wiecha, Dołęgi-Mostowicza, Błażejowskiego, Dąbrowskiej, Gojawiczyńskiej, Nałkowskiej, Makuszyńskiego (zwłaszcza jego tekstów publikowanych w prasie 😉) i innych pisarzy, którzy tworzyli w okresie dwudziestolecia.
To dzięki nim mam kontakt z językiem polskim, który troszkę się zmienił przez te sto lat. Zaznajamiam się z formami grzecznościowymi, które (niestety!) odeszły do lamusa, i uczę moich bohaterów trzymać dystans tak, jak to kiedyś praktykowano.
Podpatruję też prozaiczne czynności, bo w naszej codzienności również wiele się zmieniło. Notuję, jak wyglądało załatwianie formalności na dworcu związanych z podróżą, jak łapało się dorożkę, jak składano sobie wizyty, a nawet jak plotkowano 😉.
To dzięki książkom tych autorów odkryłam, że w restauracjach kiedyś powszechni byli szatniarze, a na ulicach było wielu drobnych handlarzy. Ostatnio na ten przykład wyczytałam, że w Łodzi byli sprzedawcy podrabianych piór Parker, przed którymi przestrzegała lokalna prasa.
Chłonę cały ten koloryt dwudziestolecia, ten świat, którego już nie ma, i przenoszę go na kartki moich książek. Czy udanie? To zostawiam Waszej ocenie, szanowne Czytelniczki i szanowni Czytelnicy.